Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Bałtyk-Bieszczady Tour 2014

W poniedziałek 25 sierpnia około godz. 15-ej ukończyłem BB Tour 2014. Przygotowania rozpocząłem w lipcu ubiegłego roku, a polegały one głównie na zwiększeniu kilometrażu jeśli chodzi o treningi i na modyfikacji roweru. Przede wszystkim kupiłem lemondkę, koszyk na dwa dodatkowe bidony, GPS i porządną kurtkę przeciwdeszczową. Ponieważ przeczuwałem, że mój start w kategorii open będzie czysto teoretyczny (co też się stało) i większość trasy przejadę samotnie zacząłem od kwietnia jeździć wszędzie z całym kompletem osprzętu, żeby przyzwyczaić się przede wszystkim do wagi zestawu.

Kwalifikacje zrobiłem w Radlinie przejeżdżając 465 km w czasie 20 godzin, na dwa miesiące przed startem.

Świnoujście przywitałem późnym wieczorem w czwartek 21 sierpnia dość ostrą biegunką (4 wizyty w toalecie). Na szczęście w piątek było już OK i mogłem spokojnie zrobić nieco ponad 40-km rozjazd, zwłaszcza, że cztery ostatnie dni w ogóle nie siedziałem na rowerze.

Wieczorem odprawa, udział w masie i ostatnie porządne spanie przed startem.

Na trasę BB Touru wyjechałem o 9:10 w sobotę 23 sierpnia, głównie w towarzystwie Zbyszka Łańcuckiego i Irenki:) To było bardzo spokojne i przyjemne 180 km, po których postanowiłem odjechać i troszkę jednak przyspieszyć. I tak właśnie chcąc nie chcąc stałem się uczestnikiem solo.

Na punkcie w Bydgoszczy (300 km) byłem zgodnie z planem, czyli kilka minut po 20-ej. Tu dowiedziałem się, że mój lokalizator nie działa i nie da się go naprawić, także nie jestem widoczny dla sędziów(!). Dorwałem się szybko do ciepłego rosołu i... ups, zaliczyłem równie bardzo szybką wizytę w toalecie (na szczęście tylko jednorazowo). Szybko założyłem cieplejsze ciuchy, dopiąłem oświetlenie i ruszyłem na nocną jazdę.

Pierwsza nieprzespana noc minęła dosyć gładko (o godz. 5:30 na jednym z Punktów Kontrolnych zaliczyłem 30-minutowy sen). Jechałem wciąż sam, ale w zasięgu wzroku miałem zawsze jakiegoś zawodnika, to ktoś nadjeżdżał, albo ja kogoś doganiałem... Najgorszy odcinek odnotowałem drugiego dnia jazdy szukając Białobrzegów (648 km). Pobłądziłem sromotnie i jeździłem w kółko (dosłownie).

Miejscami trochę kropiło, także raz ubierałem kurtkę, raz zdejmowałem, w końcu przy wyjeździe z Radomia (680 km) zaliczyłem grad, ale ponieważ punkt w Iłży (700 km) był nie daleko, postanowiłem jechać mimo wszystko. Tam czekał na mnie kolejny obiad, a przede wszystkim nowe suche ciuchy i prysznic. Telefon z gratulacjami od brata bardzo mnie zaskoczył. Wiedząc, że i on nie śpi, że kibicuje w domu przed komputerem, dostawałem kopa do dalszej jazdy. Korzystając jednak z okazji wskoczyłem pod prysznic, przespałem się dwie godzinki i zaplanowałem wyjazd o 20:00. Niestety wciąż padało więc za bardzo nie mogłem się zdecydować czy jechać, czy nie jechać. W końcu o godz. 22-ej wyruszyłem w dalszą podróż, z nowym wreszcie działającym lokalizatorem.

Druga noc jazdy. O dziwo, do Rzeszowa (860 km) jechało mi się super, na szczęście już nie padało. Około 5-ej nad ranem, na PK w Rzeszowie zaliczyłem kolejną drzemkę (ponad godzinę), zjadłem porządne śniadanie, porozciągałem się i takie tam... O 7:30 rano podjąłem ostatni etap do mety.

Wyjazd z Rzeszowa koszmarny, ależ żałowałem, że nie wyruszyłem od razu o 5-ej. Ruch samochodów masakryczny, na dodatek brak pobocza... Około 9-ej robiło się już baaardzo ciepło, także mogłem się powoli rozbierać z ciuchów. Małe zagapienie się w Sanoku (920 km) i pojechałem w złym kierunku(!). Szybki na szczęście (czyli prawie 15 km) powrót na trasę i już byłem na właściwej trasie. Ostatnie 45 km miały być ostro pod górę, ale postanowiłem, że jednak mocno przycisnę na koniec (pod Czarną wyszła mi średnia jakieś 24 km/h).

Metę w Ustrzykach Górnych osiągnąłem 61 minut przed planem, także nie mogłem narzekać. Byłem naprawdę zadowolony, że nie kończyłem maratonu na oparach. Sprzęt mnie nie zawiódł, co najważniejsze i super, że dojechałem cały i zdrowy. Co by nie mówić, to było super przeżycie!!!

 

ps

GPS wskazał, że jechałem 40 godzin, czyli ponad 14 godzin zużyłem na sikanie, jedzenie ciepłych posiłków, spanie, picie kawy lub herbaty, prysznic, dwa przepaki (najdłuższy postój w Iłży – blisko 6 godzin), no i szukanie trasy, głównie w okolicy Płocka i Sanoka.

Licznik GPS zatrzymał się na 1025 km, licznik rowerowy pokazał 1046 km.

 

 

 

Żądło Szerszenia 2014

Tegoroczna 8. już edycja trzebnickiego Żądła Szerszenia odbyła się 26 kwietnia 2014 roku i zgromadziła na starcie blisko 750 osób. Organizatorzy przygotowali tym razem tylko dwa dystanse do wyboru: 75 i 150 km. Szkoda, bo na tak płaskim terenie jedyne co mi się kojarzy z takimi odległościami to mocne ściganie, za którym nie przepadam:(

Startowałem w grupie 18-ej o 8:34. Od samego startu poszło mocne tempo, momentami nawet bardzo mocne, ale blisko 16-osobowy pociąg jaki zrobiliśmy z kilkoma uczestnikami grup wcześniejszych dawał duże pole do manewru. Do 75 km dałem może trzy, najwyżej cztery zmiany, młodsi szaleli, więc nie było po co się pchać do przodu:) Jechałem więc spokojnie z tyłu i niestety złapałem kapcia na 75 km.

Grupa mnie oczywiście odeszła i za bardzo nie mogłem złapać nic konkretnego. Dopiero na 92 km doszła mnie grupka ścigantów, z którymi dojechałem do bufetu na setnym kilometrze (czas: 2h 43 min.)

Na bufecie napełniłem bidon i sięgnąłem jedynie po banana i w tym właśnie czasie owa ekipa mnie odjechała. Dogoniłem szybko jednego Pana, który też się zagapił i przez następne 10 km próbowaliśmy dogonić grupę, ale nic z tego. Mój kompan potem troszkę osłabł, więc pocisnąłem dalej do mety samotnie.

Wynik 109 Open co daje 48 miejsce w kategorii wiekowej M3s - czas na mecie 4h 29 min.

Jestem z tego startu bardzo zadowolony. Pogoda dopisała super (słonecznie z niewielkim wiatrem), objechałem całość na 3 bidony, 2 snickersy i 1 banana:)

Na mecie czekała na wszystkich mega wyżerka, trafił mi się też gratis smar do d....., także same plusy dla organizatorów. Jedyny mały minus stawiam za medal, który mi się po prostu nie podoba:(

 

 

 

 

 

Jesienne Beskidzkie Krono

Tegoroczny październik sprzyjał turystyce rowerowej. Słoneczne i ciepłe dni pozwalały na dłuższe wypady. Spośród kilku propozycji, wybraliśmy wyjazd w malownicze tereny Beskidu Małego, gdzie 26 października Monika Kosmala wraz z ekipą zorganizowała rajd na orientację pod intrygującą nazwą "Jesienne Beskidzkie Krono" z bazą w Publicznym Gimnazjum w Porąbce-Kozubniku.

W grupie 130 uczestników, Miechów miał 4 swoich przedstawicieli z Sekcji Rowerowej CKiS w Miechowie.Do wyboru mieliśmy kilka tras. Trzech z nas wybrało 40 km rowerową trasę turystyczną, jeden 40 km trasę rowerową enduro.Co prawda rajdy na orientację mają również formę rywalizacji , ale jest sporo czasu i sposobności  na podziwianie przepięknych beskidzkich krajobrazów oraz obiektów godnych zobaczenia.Trasę rajdu wyznaczono wokół zapory w Porąbce i zalewu Międzybrodzkiego z wyjazdem na Górę Żar (podobno samochody w pewnym momencie same jadą pod górę,ale chyba nie dotyczy to rowerów,gdyż cały czas musieliśmy kręcić i to solidnie) oraz do schroniska na Hrobaczej Łące. 5 kilometrowy podjazd zapamiętamy na długo i wydawać by się mogło,że nic trudniejszego nas już nie spotka, ale tu organizatorzy zaserwowali nam kolejną niespodziankę.W poszukiwaniu jednego z punktów mieliśmy do pokonania niespełna 1 km do nieczynnego kamieniołomu.Trasa wiodła  po ścieżce o 30% kącie nachylenia. Z rowerami na plecach i aparatem fotograficznym w ręce z trudem pokonywaliśmy trasę. Mozolną wspinaczkę wynagrodziła nam niezwykła panorama jaką zobaczyliśmy po odnalezieniu punktu (gratuluję organizatorom wyobraźni i pomysłu).

Miechowska ekipa wpadła całkiem nieźle: 1.Wojtek Małodobry 2.Grzegorz Orłowski 3.Łukasz Skwarczyński a na trasie enduro 4. był Adam Miłek.

Rajd zakończyło tradycyjne ognisko z pieczonymi kiełbaskami. Mimo zmęczenia żal było wyjeżdżać, bo miła i sympatyczna atmosfera panowała nie tylko przy ognisku ,ale na całej trasie. Sportowej rywalizacji nie przeszkadzało, by w razie potrzeby  jeden pomagał drugiemu. Sezon rowerowy dobiega końca i na następny rajd trzeba czekać do wiosny, ale miejmy nadzieję,że  zima minie szybko i nadejdzie pora na kolejne wyprawy rowerowe.

   

 

Galicja Orient 2013

Galicja Orient to kolejna edycja rajdów MTBO organizowanych przez Krakowskie Stowarzyszenie Rowerowe „BIKEHOLICY”. W tym roku, 28-29 września, z naszej sekcji wystartowały dwie osoby Łukasz Skwarczyński i Grzegorz Orłowski na trasie turystycznej (jedno dniowej), którzy uplasowali się na  bardzo dobrym 4 miejscu.

Galicyjski rajd na orientacje okazał się super imprezą pod względem organizacji, dokładności map jak również trasy. Punkty do odnalezienia były super oznakowane na mapie, co jednak wymagało od uczestników bardzo dobrej umiejętności odnajdywania się w terenie oraz czytania mapy. Nasi reprezentacji szczególnie wspominają pkt.9, z którym mieli dość duże problemy wynikające z nalezienia identycznego miejsca, co podawał opis na mapie.

Sama nazwa „Trasa piknikowa” nie odzwierciedla prawdziwego charakteru trasy. Wystarczy chyba, że napiszemy, iż nasi reprezentacji pokonali 53 km w terenie górzystym po lasach i szlakach turystycznych a suma przewyższeń wyszła 1300 metrów.  

 

 

Dobrodzieńska Seta

W dniu 15.09.2013 r. odbyła się III edycja maratonu kolarskiego pod nazwą „ Dobrodzieńska seta”, w której uczestniczyło łącznie 181 osób z województw opolskiego,śląskiego,dolnośląskiego oraz małopolskiego. Przybyła również pięcioosobowa grupa kolarzy z Czorkowa na Ukrainie. Organizatorem imprezy był Klub Turystyki Rowerowej „Jednoślad” z Dobrodzienia z Józefem Włodarzem na czele. Sekcję rowerową CkiS Miechów ,reprezentowało pięcioro śmiałków w składzie Jerzy Płaszewski, Wojciech Małodobry, Dominik Knap, Michał Tomkiel oraz Grzegorz Orłowski.

Trasa wiodła z Dobrodzienia do Zawady przez Makoszyce, Osiecko, Zębowice, Turawę i z powrotem co dało łącznie 100km stąd też nawiązanie do nazwy imprezy. Zadaniem uczestników było zebrać  kupony kontrolne w wyznaczonym punkcie i oddać je później na mecie. Na trasie znajdował się bufet Limit czasowy wynosił 5h   i wszystkim uczestnikom udało się ukończyć. Impreza nie miała charakteru sportowego , każdy mógł jechać swoim tempem a trasa była płaska, w większości po dobrym asfalcie.
Na zakończenie imprezy każdy z uczestników dostał medal oraz dyplom uczestnictwa. Dla drużyn powyżej 2 osób były rozdawane pamiątkowe puchary. Będąc pierwszy raz na „Dobrodzieńskiej secie” wróciliśmy bardzo zadowoleni i pewnością pojedziemy tam za rok.

Online

Odwiedza nas 18 gości oraz 0 użytkowników.

Nadchodzące Wydarzenia

Brak wydarzeń

Kalendarz

loader