Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

600 km 6/7.06.2015

Już 5:30 rano zapowiadała, że będzie gorąco… i było. Po starcie o 6-ej z wiatrem w plecy przez ponad 230 km tego ciepła się jeszcze tak bardzo nie odczuwało, ale potem było tylko coraz trudniej. Ale po kolei…

Ruszyliśmy w kilkanaście osób dosyć szybkim tempem. Na pierwszym PK w Płocku (95 km) jesteśmy po 3 godzinach i 20 minutach jazdy, potem urywamy się w pięciu i następny PK (198 km) osiągamy niespełna 3,5 godziny później. Szaleństwo! Właśnie wtedy, gdzieś w połowie odcinka do Brodnicy, zrodził się w mojej głowie pomysł, żeby jednak zwolnić, bo tak szybka jazda dalej nie ma sensu. I wówczas wywrócił się kolega z Warszawy. Mocno się poobijał i na dodatek rozwalił przednią przerzutkę. Dwaj mocniejsi koledzy odjechali, a my w trójkę jakoś do tej Brodnicy się dowieźliśmy. To znaczy ja na przodzie, a moi kompani z tyłu…

Z PK w Brodnicy wyruszyliśmy ok. godz. 14:00 (kolega musiał oczyścić otarcia, a ja zaliczyłem pilną wizytę w toalecie). Kolejne 55 km było mocno pod wiatr i częściej pod górę, ale jakoś daliśmy radę, w co trudno uwierzyć, dogonić naszych uciekinierów. W Sierpcu czekał na nas obiad i dłuższy postój (286 km godz. 16:30).

Kolejne 130 km to istna masakra, jeśli chodzi o trasę. Mnóstwo zakrętów i dróżek nie wiadomo dokąd i gdzie prowadzących. Dobrze, że ściemniało się dopiero po 21-ej, bo w nocy na tym odcinku byłoby naprawdę kiepsko. PK na 414 km osiągamy o godz. 22:20 czyli po 16 godzinach i 20 minutach jazdy od startu. Dopiero teraz odczuwam jak jest przyjemnie, wiatr już dawno przestał wiać, a temperatura utrzymuje się na poziomie kilkunastu stopni...

Szkoda, że nikt nam w Sierpcu nie powiedział (a może mówił, tylko nie słuchaliśmy),  że do 5-ej rano nie będzie już bufetów, ani wody do picia na trasie. Dobrze, że zawsze jeżdżę na cztery bidony, ale w tej sytuacji musieliśmy zaliczyć nieplanowany postój przy sklepie nocnym w Myszyńcu, gdzie za ostatnie dwa złote zakupiłem parówki, bo w żołądku już grzmiało od pustości:)

Na 465 km znów wymuszony postój (kolega, który wcześniej upadł, przebił oponę), a na PK dwa kilometry dalej dogoniła nas większa grupa kolarzy, co chyba świadczyło o tym, że jedziemy coraz wolniej. Udaje nam się troszkę odskoczyć i na PK w Nowej Wsi (518 km) wjeżdżamy o godz. 3:28.

Kawa z cukrem, kanapka wegetariańska i banan na wiele się nie zdały i jakieś 50 km przed metą całkowicie mnie odcięło, przez co musiałem przespać się na poboczu i chyba nawet na 5 minut urwał mi się film, ale w rezultacie tego wszystkiego odzyskałem energię na dalszą jazdę. Także brevet kończyłem znów w mocnym tempie. W rezultacie trasę o długości 611 km pokonałem w 25 godzin i 33 minuty (czas netto: 21h 41min), co w tych warunkach uważam jest świetnym wynikiem. Próbuję sobie przypomnieć ile w tym czasie wypiłem bidonów, ale było ich na pewno ze 14, albo więcej…

Podsumowanie: Spodenki i rękawiczki dosłownie „przeżarte” od soli. Źle rozegrany brevet pod względem jedzenia, za to szczęśliwie ukończony bez kontuzji i od strony sprzętowej, który ostatnimi czasy mnie w ogóle nie zawodzi (Giant robi jednak piekielnie dobre rowery!!!). Bardzo pyszne pączki na mecie, super atmosfera podczas zawodów, świetnie warunki noclegowe, przedstartowe i w ogóle… Chyba już zaczynam się powtarzać, ale będzie mi brakowało tych pomiechówkowych startów. Tyle.

 

 

Cztery, dwa zera i ciemne snickersy 16.05.2015

Trzy tygodnie od ostatniego pomiechówkowego Brevetu, to sporo czasu, aby dotrenować braki i przygotować się solidniej do kolejnego dystansu, tym razem 400 km, który wyznaczono na 16 maja. W tym czasie m. in. objechałem dwusetkę w Miechowie i tydzień później treningowo 190 km. Ostatni krótki rozjazd miałem we wtorek, a trzy kolejne dni przeznaczyłem głównie na leżenie brzuchem do góry:)

Do Pomiechówka przyjechaliśmy z Jackiem Kozłem w piątek o 21:30. Organizator zapewniał możliwość przespania się na materacu, z czego oprócz nas skorzystała spora grupa uczestników. Na starcie o 6-ej stawiło się 40 osób.

Rześki poranek nie dawał opcji do jazdy na krótko, więc wszystko co planowałem zabrać ubrałem na siebie, a tak na wszelki wypadek do torebek spakowałem pelerynę przeciwdeszczową, kompresy na łydki i zestaw lampek… No i dwa snickersy w ciemnej czekoladzie, które okazały się dla mnie hitem tego przejazdu!!!

Do 23 km trzymałem się czołówki, ale potem zostałem z drugą grupą, bo tempo za bardzo wzrosło. Z pierwszego PK w Ciechanowie (73 km) ruszyliśmy jednak tylko w trójkę, a właściwie w dwójkę, bo ten trzeci praktycznie aż do samej mety jechał cały czas z tyłu. Z godziny na godzinę robiło się znacznie cieplej, ale dość mocno wiało, raz w plecy, raz z boku i niestety coraz częściej w stronę przeciwną do kierunku jazdy.

W składzie 3-osobowym dojechaliśmy do piątego

PK w Nowej Wsi (232 km), gdzie czekał na nas pyszny obiad, batony, izotoniki, bułki i obowiązkowa w tym zestawieniu kawa z cukrem. Na punkcie dołączył do nas czwarty kolega (czyli trzeci do zmiany:)) – mój kompan, z którym tak fajnie objechałem większość 3-setki.

53 km później na PK6 w Przasnyszu wydawało się, że ukończenie Brevetu w 16 godzin jest całkiem realne. Ja nawet w głębi duszy po cichu snułem plany o złamaniu bariery 15 godzin, jednak kolejny etap naszej podróży szybko te plany zweryfikował. Dogoniło nas trzech zawodników, ale nawet jako 7-osobowa grupa straciliśmy animusz i zapał do energicznej jazdy. Nie będę ukrywał, że ja też troszkę osłabłem i większość tego odcinka przewiozłem się z tyłu, licząc na to, że nabiorę energii na końcówkę.

...I tak też się stało. Z Nasielska (347 km) wyruszyliśmy o godz. 19:24, a na mecie stawiliśmy się ok. 21:30 – ze sporym moim udziałem na szpicy.

Ostatecznie łączny czas przejazdu trasy o dł. 412 km wyniósł 15h i 28 min (czas netto – 14:01). Jacek, z tego co wiem jechał godzinę i 14 minut szybciej ode mnie, przy czym ostatnie 84 km samotnie z brakiem jednej szprychy w przednim kole.

Zawody, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić, były świetnie przygotowane. Bardzo dużo jedzenia na mecie, kawa, herbata, prysznic, możliwość przespania się do rana. Super, super i jeszcze raz super!!!

Dodam jeszcze na koniec, że na tak długim dystansie znakomicie sprawdził się „sportsbalm” z niebieskiej serii Protection 01, którym posmarowałem te i owe części ciała. Choć nie znałem wcześniej tego specyfiku, to jestem z jego działania bardzo zadowolony. Odsyłam więc zainteresowanych na stronę www.sportsbalm.pl

 

 

Nocna trzysetka 25.04.2015

Start do pomiechówkowej 3-setki 25 kwietnia miał miejsce o godz. 18-ej, co zapowiadało oczywiście nocną jazdę i to w najlepszym wydaniu. Na starcie stanęło 40 osób, którzy od razu podzielili się na dwie grupy: ścigantów i resztę. Ja postanowiłem stanąć w szeregu tych drugich zakładając czas przejazdu około 12-u godzin.

Od samego startu dolepiłem się do 12-osobowej grupy i jechałem raczej z tyłu. Tempo było troszkę jak dla mnie – za słabe (do pierwszego PK praktycznie w ogóle nie użyłem blata), ale ponieważ przyjąłem taktykę, aby pierwszą setkę przejechać wolniej od dwóch ostatnich, postanowiłem poczekać kiedy grupa się rozerwie. A było pewne, że tak się stanie, bo byli to kolarze różnej maści. Większość jechała na bardzo twardych przełożeniach, poza tym niektórzy szarpali momentami do przodu, by potem zwolnic do 24 km/h(???). Po trzecie bardzo nie lubię jak zawodnik nie jedzie rytmicznie, tylko kręci, kręci, kręci, odpoczywa, kręci, kręci, kręci, odpoczywa wiercąc się  przy tym non stop na siodełku - zwłaszcza po zapadnięciu zmroku robi się to irytujące. A takich osób w naszej grupie naliczyłem co najmniej pięć(!)

Dlatego po zapadnięciu nocy coraz częściej myślałem jakby się tu urwać i tak trwało to do 106 km, kiedy nadarzyła się ku temu okazja. Do przodu odskoczyło trzech kolegów. Postanowiłem, że troszkę do nich podgonię, dałem nawet zmianę i nagle się zorientowałem, że z naszej czwórki zostało dwóch.

We dwójkę to i tak jest lepsza jazda, niż samemu, a jechało nam się razem super i to aż do Nasielska (250 km). Wcześniej oczywiście na 158 km zaliczyliśmy regulaminowy obiad (pyszną kalafiorową i kotlet mielony z surówką będę długo jeszcze wspominał). W Nasielsku nie mogliśmy znaleźć Punktu Kontrolnego, kolega pojechał w prawo, ja w lewo, potem się okazało, że punkt jest nieczynny, a w jego zastępstwie jest inny punkt. Słowem: było troszkę niepotrzebnego zamieszania, w wyniku którego już się z kolegą nie odnaleźliśmy, więc czekała mnie samotna jazda w kierunku mety.

Jakiś czas potem na 264 km – zupełnie nie wiem w jakim celu - postanowiłem odwiedzić Dosin i Skubiankę(!), przez co nadłożyłem trochę kilometrów. Na deser, punktualnie o 5-ej rano złapałem kapcia, a metę osiągnąłem o 6:12. Szkoda, że nie zmieściłem się w planowanych 12-u godzinach, ale biorąc pod uwagę, że licznik zatrzymał się na 322 km, to wynik jest jak najbardziej do zaakceptowania (czas netto 11 h 04 min).

Z formy jestem bardzo zadowolony, odnotowałem dynamiczny przejazd, bez żadnych poważniejszych kontuzji, oprócz drobnego otarcia od siodełka. Brevet objechałem na 7 bidonów, 1 snickersa, 2 żele i 1 bułkę wegetariańską plus wspomniany obiad i kawa z cukrem w połowie trasy. Pogoda dopisała, był lekki wiaterek, ale nie padało, temperatura też OK (rękawiczki z długimi palcami się nie przydały). Bufet na mecie bardzo dobrze zaopatrzony, prysznic, super atmosfera zarówno na trasie, jak i w biurze zawodów, możliwość przespania się na materacu – to wszystko sprawiło, że mój start na 4-setce za trzy tygodnie jest już niemal pewny.

Pozdrawiam i gratuluję wszystkim startującym, a organizatorom dziękuję za przygotowanie kolejnej fantastycznej imprezy kolarskiej!!!

 

 

Dwusetka w Pomiechówku 11.04.2015

W sobotę 11 kwietnia w podwarszawskim Pomiechówku odbył się Brevet na dystansie 200 km, jako kwalifikacja do tegorocznej edycji Paris-Brest-Paris. Na starcie stanęło 72 uczestników, z których do mety w wyznaczonym limicie czasowym dojechało 68. Ja trasę o dł. 203 km pokonałem w 7h 24 minuty, co ostatecznie dało mi 15 czas przejazdu.

Jestem ze startu bardzo zadowolony. Początek dość szybki, więc zaraz urwało się kilku kolarzy do przodu, a większość została z tyłu. Ja, tak powiedzmy po środku, jechałem własnym tempem, od 20 km w towarzystwie jednego, a od 30-ego drugiego zawodnika. Pierwsza część trasy do 93 km bardzo dziurawa, było to momentami trochę wkurzające, ale potem było już tylko lepiej. Niestety od 93 km właściwie do samej mety było cały czas pod wiatr, a wiało momentami na prawdę mocno. Zdecydowanie najtrudniejszy odcinek to ten między 93 a 140 km. To na tym odcinku, chyba przez lemondke, zgubiłem moich dwóch kompanów i dalej jechałem sam.

Na 180 km troszkę się pogubiłem i pojechałem przez chwilę w inną stronę, ale na szczęście nadjechał jakiś zawodnik i mnie pokierował (z uprzejmości dałem mu wjechać na metę przede mną:)).

Trasa bardzo, bardzo płaska, ale nawet ciekawie przeprowadzona. Organizacyjnie wszystko OK (bardzo dobre bułki z szyneczką i zieloną sałatą:)) i to, co najbardziej lubię na mecie – kawa i herbata do bólu. Duży plus za możliwość skorzystania z prysznica. Dojazd do biura zawodów: niecałe 4h samochodem w jedną stronę. Polecam!!!

 

 

Dobrodzieńska Seta 2014

IV edycja maratonu rowerowego „Dobrodzieńska Seta” przypadła na 14.09.2014 r. W Maratonie wzięło łącznie 312 uczestników. Na starcie stawili się również kolarze z Miechowa i okolic, w składzie: Jan Bogacz, Wojciech Małodobry, Marcin Chat, Wojciech Partyka, Kamil Sobczyk, Jerzy Płaszewski, Adam Miłek , Stefan, Kamil i Grzegorz Orłowscy oraz zaprzyjaźniony z nami kolega z Łodzi Adam Jabłoński.

Głównym celem tej imprezy jest pokonanie trasy 100 km w przeciągu regulaminowego czasu 5h, w tej edycji dopuszczono również formę ścigania. Trasa maratonu przebiegała przez Makowczyce, Szemrowice, Kadłub Wolny, Osiecko, Zębowice do Zawady, gdzie nastąpił nawrót na stacji Orlen do Dobrodznienia. Jak na tę część Polski trasa przebiegała całkowicie po płaskim terenie. Na całej trasie Maratonu zawodnikom towarzyszyły samochody z obsługi technicznej, dodatkowo organizatorzy przygotowali punkty z wodą mineralną, izotonikami oraz czekoladą.

Na mecie dla uczestników czekał ciepły posiłek Dla pierwszych trzech kobiet oraz mężczyzn w kategorii open czekały puchary. Każdy z uczestników, który w regulaminowym czasie 5h przejechał 100 km otrzymał pamiątkowy medal oraz dyplom. Dla drużyn powyżej 3 osób przygotowano okolicznościowe statuetki.

Na zakończenie chcemy złożyć podziękowania dla Józefa Włodarza z KTR „Jednoślad” oraz Pani Burmistrz Dobrodzienia Róży Koźlik oraz wszystkim firmom, instytucjom oraz osobom zaangażowanym w organizację „Dobrodzieńskiej Sety”. Do zobaczenia za rok w Dobrodzieniu.

 

 

 

 

Online

Odwiedza nas 19 gości oraz 0 użytkowników.

Nadchodzące Wydarzenia

Brak wydarzeń

Kalendarz

loader