Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Dobrodzieńska Setunia 13.09.2015

13 września w Dobrodzieniu przejechałem 100 km w czasie 2 godziny 47 minut!!! Szok! To nie jest normalne, żeby tak szybko jeździć na rowerze...

„V Dobrodzieńska Seta” zorganizowana przez Klub Turystyki Rowerowej „Jednoślad” działający przy DOKiS była niesamowicie profesjonalnie przygotowana. Widać niemal na każdym kroku, że organizatorzy włożyli dużo serca w przygotowanie imprezy, jak i jej przebieg. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Ponad 400 uczestników. Bardzo przyjemne biuro zawodów: rynek, ławeczki, parasole, miła obsługa, zaplecze medyczne i sanitarne. Rozdział zawodów na kategorię wyścig i maraton, zabezpieczenie trasy na całej długości, świetne jedzenie na mecie, pamiątkowe medale dla wszystkich uczestników, pogoda też pewnie zamówiona:) Brawo, brawo, brawo!

Mój czas przejazdu dał mi dopiero 51 miejsce(!), ale mam też świadomość, że w tej rozgrywce bez współpracy nie ma wyników. Ja kilkanaście razy byłem na czubie mojej grupy (może z 20 osób nas było), w której niestety na wynik końcowy pracowało zaledwie czterech. Jestem bardzo zadowolony z mojej dyspozycji, dawałem dość długie konkretne zmiany, nawet połatałem kilka ucieczek, a 500 metrów przed metą już odpuściłem walkę o miejsca, bo się po prostu bałem jakiejś niepotrzebnej wywrotki (prędkość wtedy zamiast maleć, zdecydowanie rosła).  Z trasy – przez tą ciągłą gonitwę, mało co pamiętam:)

W zawodach oprócz mnie uczestniczyło aż 8-u reprezentantów naszej Sekcji:

- w wyścigu: Wojciech Leś (2:56:09), Michał Słota (3:14:54), Kamil Orłowski (3:17:34), Grzegorz Orłowski (3:27:03), Łukasz Skwarczyński (3:27:04) i Adam Jabłoński (4:56:49).

- w maratonie: Stefan Orłowski (4:50:42) i Jerzy Płaszewski (4:50:45).

Bardzo dobre rezultaty „wykręcili” reprezentanci Miechowa-Charsznicy, zwłaszcza Adam Miłek, który w wynikach końcowych znalazł się na 24 miejscu (2:39:47). Natomiast Michał Tomkiel uzyskał czas 2:46:08.

Pozwolę sobie na koniec jeszcze raz skierować podziękowania organizatorom za bardzo solidną kolarską imprezę. Tak trzymać!

 
 

 

 

Rajd wokół Tatr 30.08.2015

Tak jak przypuszczałem, po „Rajdzie wokół Tatr”, którego organizatorem już po raz 20-y był Nowotarski Klub Kolarski JMP.race pozostała jedynie nazwa, choć bez pomiaru czasu i końcowych wyników, to panująca wszechobecna wyraźnie wyczuwalna spina na trasie spowodowała, że ten niby luźny przejazd dość szybko zamienił się w rywalizację.

Trasa znakomicie poprowadzona, 2500 m przewyższenia, długość 205 km. Biuro zawodów bardzo dobrze przygotowane, organizacyjnie wszystko dopięte na ostatni guzik, niesamowicie miła atmosfera, właściwie same plusy. Pogoda aż za bardzo dopisała, momentami nawet za ciepło…

Stawiam jednak mały minus za zbyt mało widoczne wg mnie oznakowanie trasy, choć każdy uczestnik dostawał papierową mapkę, z której mógł w każdej chwili skorzystać, więc moje czepialstwo jest tu raczej nie na miejscu, przepraszam:(

W Rajdzie startowało pięciu reprezentantów naszej Sekcji: ja, Jacek Kozioł, Grzesiek i Kamil Orłowscy oraz Michał Słota. Organizator na pokonanie trasy wyznaczył limit czasu przejazdu wynoszący 12 godzin, tak więc wszyscy bez problemu dotarliśmy do mety.

Ja wyruszyłem na trasę bardzo dynamicznie (pierwsze 100 km w czasie 3h:11min). Jadąc z kompletem 4 bidonów nie musiałem zatrzymywać się na pierwszym bufecie. Po setce zaczęły się jednak konkretniejsze podjazdy i odnosiłem wrażenie – cały czas pod wiatr. Na drugim bufecie (130 km) napełniłem tylko bidony i połknąłem praktycznie w całości słodką bułkę. Gnając do przodu na 149 km pojechałem szybkim zjazdem 12% w niewłaściwym kierunku, co przypłaciłem oczywiście dodatkową wspinaczką w drodze powrotnej. Cały czas już właściwie niemiłosiernie grzało, dlatego przyznam się, że kolejny bufet na 170 km baaaaardzo się przydał.

Końcowy dojazd do Nowego Targu, to właściwie już z górki… nie licząc tych hopek, które były po drodze:)

Na mecie istna sielanka, darmowy posiłek, no i przede wszystkim możliwość skorzystania z prysznica!!! Jestem do teraz pod wrażeniem słowackich miejscowości i przede wszystkim niesamowicie urokliwej panoramy gór. Chłopaki też wrócili bardzo zadowoleni i nasz udział w tej imprezie w przyszłym roku jest jak najbardziej realny… Mój czas przejazdu netto 7 godzin 14 minut dobrze rokuje przed 700-ką, która czeka mnie jeszcze we wrześniu.

 

 

Paris-Brest-Paris 2015

Postanowiłem, że nie będę tym razem pisał o tym ile spałem, co jadłem, czy miałem sraczkę i czy hamowanie podczas zjazdów górskimi serpentynami było konieczne… To będzie po prostu relacja człowieka spełnionego, randonneursa, którym chyba powoli się staję. Ale do rzeczy:

19 sierpnia o godz. 24:00, po 76 godzinach i 28 minutach, wjechałem na metę liczącego 1230 km 18. Ultramaratonu Kolarskiego z Paryża do Brestu i z powrotem.

W tej wyjątkowej, bardzo prestiżowej i z pewnością niepowtarzalnej, rozgrywanej co cztery lata, imprezie kolarskiej wzięło udział prawie 6 tyś. kolarzy z 42 krajów, w tym 30 reprezentantów Polski. Organizatorzy na ukończenie niezwykle morderczego ze względu na liczbę przewyższeń przekraczającą 11 tys. metrów dystansu wyznaczyli limit czasu przejazdu wynoszący 90 godzin, a udział zadeklarowali uczestnicy rowerów tradycyjnych, trójkołowych, hand-bików, orbi-treków, tandemów oraz rowerów poziomych.

Na pewno, co się rzuca od razu w oczy, to ogromna liczba uczestników, którzy już na starcie zdają sobie sprawę z faktu, iż w wymaganym limicie czasu swojego przejazdu nie ukończą. Ale nikt jakoś głośno o tym nie mówi, nie poddaje wątpliwości swojego udziału, tylko uparcie dąży do realizacji jakiegoś tam marzenia, które wykuli w swojej głowie, idei, której spełnienie uznają za tak ważne.

To, że Francuzi mają „jobla” na punkcie rowerów, można zobaczyć w telewizji, ale to, co się dzieje na żywo, należy pomnożyć razy pięć. Tego na pewno nie zapomnę, jak też tej ogromnej masy ludzi zaangażowanych w organizację tak wielkiego przedsięwzięcia.

Pod względem sportowym ta impreza nigdy mnie nie interesowała, dlatego też na trasie z nikim nie rywalizowałem, no chyba, że z samym sobą. Chciałem po prostu w miarę możliwości jechać przed siebie najlepiej jak potrafię i przede wszystkim cieszyć się tym. Czy było ciężko? Oczywiście, że było ciężko, ale w bólach przecież rodzą się najbardziej fantastyczne rzeczy. Ta trasa nauczyła mnie jeszcze więcej pokory i pokazała, że jednak najwłaściwszym kluczem do sukcesu jest bycie cierpliwym. W moim przypadku sprawdziła się też po raz kolejny taktyka, aby drogę powrotną pokonać w szybszym tempie niż początek. Mój czas przejazdu netto wyniósł 52 godziny i 48 minut, a ponoć ostatecznie w końcowym rozrachunku uzyskałem 1671 lokatę.

PS

Jeśli chodzi o wydatki, to cała impreza kosztuje jakieś 3,5 tyś złotych. Wpisowe nie jest duże, ale trzeba doliczyć koszty zakwaterowania (wydaje mi się, że minimum jedna noc przed startem jest konieczna), opłat i paliwa. Przed samym startem organizatorzy serwują bezpłatnie "szwedzki stół", można jeść do woli. Na trasie brevetu mamy sporo lokalnych punkcików z darmowym jedzeniem typu tarty, placki, czekolada, ale za każdy ciepły posiłek trzeba już niestety zapłacić i to nie są ceny niskie. Woda zdatna do picia i sanitariaty są na szczęście w gratisie.

 

 

 

Klasyk Kłodzki 2015

W sobotę 25 lipca w Zieleńcu odbyła się 9. eliminacja tegorocznego Pucharu Polski w Kolarstwie Szosowym pn. „Klasyk Kłodzki”. Na starcie stanęło 397 kolarzy z całej Polski, a mój start zaplanowano na godz. 8:10.

Rywalizacja odbywała się na trzech trasach o dość trudnym profilu, stąd zawody wliczane były również do punktacji górskiej. Pogoda, jak to w górach, była bardzo zmienna, z mocnym bocznym wiatrem i obfitymi opadami deszczu.

Ja na trasie najdłuższej tzw. Giga, liczącej 164 km jechałem z 65 innymi osobami, by w końcu zakończyć zawody po 6 godzinach i 32 minutach jazdy, co dało mi ostatecznie 25 miejsce open (8-e w kat. M4s).

Jakub Lewiński startował na dystansie krótszym, tzw. Mega, wynoszącym 110 km, na którym rywalizowały 122 osoby. Kuba ostatecznie zajął 59 miejsce (8 lokata w kat. M2s), z czasem na mecie 4 godziny i 16 minut.

Zawody (jak zwykle) bardzo solidnie przygotowane, szkoda tylko, że organizator postanowił aż 3 pętle trasy przeprowadzić przez najbardziej dziurawy odcinek (dawno nie zjeżdżałem z prędkością nie przekraczającą 20 km/h). Natomiast po stronie czeskiej warunki bajeczne... Co do mojego stylu jazdy, to można by rzec, że podszedłem do tego Klasyka baaardzo randonnersko, czyli bez szarpania, spokojnie, byle do przodu. Garmin wskazał mi czas odpoczynku 5 minut 39 sekund, z czego jestem chyba najbardziej zadowolony.

 

 

 

VI Śląski Maraton Rowerowy 20/21.06.2015

Do Mszany pojechałem treningowo z zamiarem przejechania samotnie pięćset kilometrów. Na miejscu sporo znanych osobistości, ja odbieram nr 32 i ruszam w trzeciej grupie startowej o godz. 15:10. Wszystkie prognozy zapowiadały na weekend deszcz i tak też się stało. Zaraz po starcie sypnęło gradem, potem różnie bywało i z wiatrem i temperaturą, by ostatnie 90 km „dokręcić” w deszczu. Cóż mogę więcej napisać? Chyba tylko tyle, że ujechałem się konkretnie...

Organizacyjnie były to bardzo dobrze przygotowane zawody. Trasa wyraźnie oznaczona i malowniczo poprowadzona, oczywiście bardzo wymagająca ze sporą ilością podjazdów. Dość szybko i sprawnie przejechałem pierwsze 200 km z czasem 7 godzin, dzięki czemu mogłem sobie pozwolić na konkretny, blisko 40-minutowy postój. W nocy moja średnia się znacznie obniżyła, choć bardzo dobry stan nawierzchni skłaniał ku temu, by nie hamować na zjazdach. Na 4-setnym km byłem po 15 h i 58 min jazdy od startu, dość już mocno zmęczony i wyziębiony. Ruszyłem na trasę zaledwie po 30 minutach odpoczynku i około godz. 8:30 rano „opłaciłem” to wymuszoną drzemką na przystanku autobusowym, na szczęście niespełna 10 minut. Zaraz potem zaczęło znowu padać i tak do mety dowlokłem się dosłownie na oparach. Łączny czas przejazdu: 21 godzin 17 minut (netto: 18h 53min) dał mi ósmy wynik, ale podobno maraton nie miał formy wyścigu(!).

Podsumowanie: Talerz zupy i porcyjka makaronu z jakimś bliżej nie określonym sosem, które powiedzmy sobie szczerze były mocno wystudzone, to za mało na tak złe warunki pogodowe. Brakowało mi też na bufetach porządnie zaparzonej kawy. Za to pączki wyśmienite (zjadłem aż trzy), a za ukończenie dystansu puszka Pepsi:). Na trasie zjadłem cztery żele, dwa snickersy i dwie bułki, bidonów opróżniłem chyba osiem...

 

 

Online

Odwiedza nas 11 gości oraz 0 użytkowników.

Nadchodzące Wydarzenia

Brak wydarzeń

Kalendarz

loader